Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Viva Chile!!

3 lipiec 2015 - DZIEŃ 58.

Gdy nad ranem wysiadamy na dworcu w Iquique jest 15 stopni i czuć wysoką wilgotność powietrza. Nie mamy zarezerwowanego hostelu, w San Pedro dostaliśmy tylko namiary na fajny hostel przy plaży. Na dworcu nagania nas jeszcze starszy pan z propozycją hostelu, na który już się prawie zgadzamy, ale w międzyczasie do Rafała podchodzi pracownik dworca i szepcze mu na ucho, żebyśmy tam nie jechali, bo w hostelu zdarzają się kradzieże. Dziękujemy więc panu za ofertę i wskakujemy w taxi do polecanego wcześniej miejsca.

Okazuje się, że hotel znajduje się ulicę od plaży i jest naprawdę fajny. Żeby nie płacić za nocleg, kilka godzin koczujemy na sofach, idealnie przystosowanych do wczesnego zakwaterowania - śpimy do 9! :)


Hostelowa maskotka

Idę z Vincentem do sklepu po jakieś śniadanie. Trafiamy do ogromnego supermarketu - wow, w Boliwii takich nie ma :P Robimy zakupy i po chwili w hostelu zajadamy świeżutkie bułeczki z nutellą. Na szczęście nie musimy czekać na check-in do 14 i recepcjonistka pozwala nam się zakwaterować tuż po śniadaniu. Wskakujemy w stroje kąpielowe i idziemy na plażę. Pachnie morzem, jest wilgotno i słonecznie - jednym słowem cudownie po ostatnich dniach spędzonych w zimnie!

Widok z hostelowego balkonu

Iquique to 140-tysięczne miasto z kolonialną zabudową, nieco zniszczoną, może za sprawą często występujących tu trzęsień ziemi i tsunami (na każdym skrzyżowaniu są tablice informujące o drodze ewakuacyjnej w przypadku tsunami). Piękne plaże przyciągają zarówno amatorów opalania jak i surferów, dla których panują tutaj idealne warunki. Z pobliskich gór zamykających miasto od strony wschodniej, co rusz zlatują paralotniarze lądujący oczywiście na plaży. 













Kilka godzin bezczynnego leżenia na rozgrzanym piasku, to jest to czego potrzebowaliśmy.




4 lipiec 2015 - DZIEŃ 59.

W sumie w Iquique planowaliśmy zostać tylko jedną noc, ale słoneczna plaża skutecznie zachęca nas do dłuższej wizyty. Od rana wskakujemy w stroje kąpielowe i z ręcznikiem pod pachą idziemy na plażę. Dziś sobota, więc na plaży zgromadziło się trochę miejscowych. Nie jest nam dane jednak długo nacieszyć się słońcem, bo znad gór napływają szare chmury. No nic, trzeba doceniać, co się ma. Zbieramy się i idziemy na spacer wzdłuż plaży. Dochodzimy do portu rybackiego, przy którym rybacy patroszą ryby i czyszczą małże. Tuż przy porcie znajdują się sklepiki rybne, pod czujnym okiem kotów i potężnych pelikanów polujących na rybną okazję.







Podchodzimy bliżej wody, gdzie słyszymy jakieś poruszenie, a tu ogromne lwy morskie zajadają rybne resztki rzucane im przez rybaków! Sytuacja nieco dziwna, bo kilkanaście metrów dalej chłopaczki sobie skaczą na bombę do wody i kąpią się...








W drodze powrotnej z portu zachodzimy do kasyna. Raf był tu wczoraj z chłopakami, ja spasowałam, bo znając mój silny pociąg do ruletki, przegrałabym dalszą naszą podróż... (bądź podwoiłabym ;)). No ale przemyślałam sprawę i być w Iquique i nie być w kasynie, to coś nie tak. Kupujemy wejściówki za 1000 pesos (6 zł) i po wejściu okazuje się, że ruletki od 16:00 (jest 14:30). Źli, że nikt nas nie poinformował, prosimy panią przy wejściu, czy możemy wrócić po 16:00. Przychodzi manager i niechętnie, ale daje nam swoje błogosławieństwo ;) 

Wracamy do hostelu na obiad. Dziś sobota i bardzo ważny dzień dla Chilijczyków - finał piłki nożnej Copa America - Chile vs. Argentyna (rozgrywany w Santiago de Chile). Lepszego miejsca na finał nie mogliśmy trafić :) W mieście da się odczuć atmosferę emocji przed meczem. Z balkonów mieszkań i samochodów powiewają flagi narodowe, zagorzali kibice malują twarze i ubierają koszulki piłkarskie. Wszystkie mecze do tej pory były o 19:30 i 20:30, więc umawiamy się z naszymi ziomeczkami na później i idziemy jeszcze na ruletkę. Kiedy docieramy do kasyna okazuje się, że mecz zaraz się zaczyna. 10 minut emocji przy stole i wszystko przegrane. Chcę się jeszcze odegrać, ale na szczęście Raf mnie skutecznie powstrzymuje ;) Zasiadamy więc przed ogromnym ekranem i wraz z wymalowanymi w kolory narodowe Chilijczykami oglądamy pierwszą połowę meczu. Messi dostaje z buta w brzuch, kurczy się z bólu, cale kasyno klaszcze i się śmieje... heh :D

Szykujemy się na mecz!




Na przerwie decydujemy się zmienić miejscówkę i pobiec do centrum - w mieście ma być rozłożona strefa kibica. Z kasyna do miasta dzieli nas jakieś 30 minut pieszo, a przerwa ma tylko 15... co robić... łapiemy stopa! Miasto jest opustoszałe, główna droga przy plaży pusta. Na szczęście po chwili jedzie auto i szczęśliwie dla nas zatrzymuje się. Wesoły pan z chęcią podwozi nas do centrum. Po drodze kupujemy jeszcze piwka i szukamy strefy kibica. Gdy docieramy na plac główny, okazuje się, że nic tam takiego nie ma! Gdzie są wszyscy? Wcześniej nasza pani recepcjonistka zasugerowała nam knajpki na deptaku, ale jak tamtędy przechodzimy, to owszem siedzi trochę ludzi przed wystawionymi telewizorami, ale nie jest to klimat finału Pucharu Ameryki! No trudno, wszyscy pewnie siedzą w domach. Mamy swoje piwka, więc przysiadamy się do żulika na ławce przed knajpką z największymi plazmami. Zaczyna się druga połowa. Częstujemy żulika piwkiem i w trójkę komentujemy mecz. Okazuje się, że żulik jest Argentyńczykiem, z czego śmieje się radośnie i kibicuje swoim. Po cichu rzecz jasna. Żeby nam udowodnić swoją narodowość wyciąga nawet połamany dowód osobisty ;)

Nagle pojawia się starszy żulik, który wita się z nami elegancko, rozmawia trochę po angielsku, rzuca jakieś greckie przekleństwa w stronę żulika nr 1 (mieszkanie z Panosem uczy ;D). Grek? Próbujemy dopytać skąd jest, ale żulik nr 2 jakoś omija temat swojej narodowości i tylko mówi, że mieszkał w Europie - w Finlandii, Włoszech, Holandii, zna kilka języków, coś tam mamrocze po niemiecku. Ze szczątkowych opowieści wnioskujemy, że był marynarzem, bo wymienił nam wiele europejskich portów. Po chwili nas przeprasza i mówi, że idzie dopić swoje whisky. Patrzymy, a on zasiada na ogródku przy stoliku, przed nim szklaneczka whisky i... deska serów! No żul z klasą! Żulik nr 1 w tym czasie nam mówi, że ten drugi jest pieprznięty i coś tam na niego nadaje. Żul z klasą raz po raz zerka w naszą stronę i krzyczy do tego drugiego, żeby się zamknął, bo powie wszystkim, że jest Argentyńczykiem. Ludzie dookoła śmieją się. Obserwujemy żula nr 2 i nadziwić się nie możemy, co się dzieje. Serwetką elegancko wyciera usta, widać, że umie się zachować. Wstaje od stołu, bierze sery i podchodzi nas poczęstować. Ładnie odmawiamy, a gdy żulik nr 1 zamiast poczęstować się jednym serkiem, bierze cały talerz, ten drugi krzyczy na niego i wyzywa od wieśniaków ;) No przekomiczne! Jak się jeszcze chwilę później okazuje, żul z klasą urodził się na statku, jego rodzice byli Izraelczykami, a sam całe życie pływał od portu do portu. Widać było, że nie do końca ma równo pod sufitem, ale widać też było, że kryje się za nim ciekawa historia. 

Żul z klasą

Ok, dość mamy obcowania z żulikami, zaraz przegapimy całą drugą połowę. Wchodzimy na ogródek, gdzie dosiadamy się do dwóch młodych Chilijczyków, których emocje aż roznoszą. Ostatecznie druga połowa kończy się wynikiem 0:0. Na przerwie rozmawiamy sobie z chłopakami, jeden opowiada o sytuacji ekonomicznej Chile. Fajni ludzie. Ok. Czas na karne, podczas których emocje sięgają zenitu. Gdy Chile strzela bramkę, zerkamy niepewnie na żulika z ławki, który trzyma się za serce. Oho, zaraz nam tu Argentyńczyk zejdzie na zawał ;) W knajpie rozlegają się okrzyki Chi-chi-chi-le-le-le!! Viva Chile!! Śpiewamy z nimi. W końcu kolejny gooool i na ulicach szał! Chile mistrzem Ameryki! Zbijamy piąteczki z naszymi nowymi kolegami i cieszymy się razem z nimi. Jak podczas meczu ulice były puste, tak teraz wszyscy wybiegli poprzebierani, z flagami, trąbkami i racami. Rzeka ludzi podąża na plac główny. No to idziemy świętować. Na placu fiesta - bębny, śpiewy, trąbki - Viva Chile! 







Zobaczcie sami.




W końcu wracamy w kierunku hostelu. Główna ulica zakorkowana - auta trąbią, z okien wystają ludzie, ogromna radość z wygranej. Dochodzimy do plaży i okazuje się, że strefa kibica właśnie tutaj się znajdowała. Teraz - ogromny telebim i tona śmieci - opustoszałe. Heh, nasz wieczór z żulami był ciekawym przeżyciem ;)




Szukamy czegoś do jedzenia i ku naszemu zdziwieniu i niezadowoleniu odkrywamy, że street food w Iquique nie istnieje. Nie znaleźliśmy ani jednego miejsca, w którym moglibyśmy kupić kebaba, hamburgera, hod-doga, nawet głupich frytek. Mega słabo - tęsknimy za Krakowem :) Idziemy więc do sklepu, gdzie kupujemy dwa plastry wołowiny. Wielki pan zza lady odkraja nam kawał pięknej polędwicy brazylijskiej, z namaszczeniem odcina żyłki, no full service - Rafał nazwał go artystą mięsa, na co pan bardzo się ucieszył ;)

Wracamy do hostelu, gdzie smażymy wołowinę. Wszystkie hostelowe turyściaki powracały właśnie z meczu w stanie lekko wskazującym, więc atmosfera zrobiła się niezwykle wesoła i sprzyjająca integracji :)

Viva Chile!


5 lipiec 2015 - DZIEŃ 60.

W Iquique znajduje się tzw. zona franca, czyli strefa wolnocłowa, wolna od podatków. Kilka budynków wyglądających jak europejskie galerie handlowe ze sklepami najlepszych marek, przyciąga zarówno Chilijczyków jak i turystów.

Po śniadaniu postanawiamy się tam wybrać, bo okazało się, że Vincent zgubił na Uyuni Rafałowy scyzoryk, więc strefa wolnocłowa jest świetną okazją na odkupienie zguby. Dziś niedziela, więc okazało się, że tylko część sklepów jest otwarta i niestety nie jest to Victorinox. Przechadzamy się po sklepach, sprawdzamy ceny, jednak te wcale nie powalają na kolana.

Pieszo idziemy na dworzec kupić bilety na dalszą podróż. Dziś się już rozdzielamy. Diego i Vincent jadą po południu do Peru, Felix i Teresa zostają jeszcze w Iquique, a my jutro z powrotem do Boliwii. Niestety na dworcu nie można kupić biletów do Boliwii. W tym celu należy udać się do boliwijskiej dzielnicy oddalonej kilka przecznic od dworca. Miejsce to nie wygląda zachęcająco. Boliwijskie knajpy przeplatane agencjami transportowymi, a niekiedy też 2w1. Odrapane budynki, sprzedawcy biletów autobusowych za kratami... kupujemy więc szybko bilety na  jutro na 12:30 i spadamy z dzielni.










Po drodze do hostelu zachodzimy na obiad - zupa rybna i ryż z kalmarami - pyszne!
Popołudnie i wieczór upływa mi na pisaniu bloga. Obiecałam nadgonić. Hostel jest tak przyjemny, że chętnie zostalibyśmy dłużej. Żegnamy się z Vincentem i Diego i idziemy jeszcze na spacer na plażę, gdzie chłopaki skaczą na linie, a grupka młodych ćwiczy capoeirę. Zachodzi słońce. 




Wieczorem gotujemy obiad. Dwóch chłopaków - kucharzy z Peru i Chile, mieszkających w hostelu - częstuje nas jeszcze lasagną własnej roboty - super! Ja wracam do bloga, a Raf idzie spać. O 22:30 oglądam jeszcze Voice of Chile, ale hiszpańskie miłosne ballady skutecznie mnie zniechęciły.


6 lipiec 2015 - DZIEŃ 61.

Wstajemy, pakujemy się, jemy śniadanie i jedziemy na dworzec. Autobus, jak to zwykle w Ameryce Południowej bywa, oczywiście spóźniony. Kupiliśmy bilety typu "cama" - prawdziwy de lux, tylko z trzema rzędami siedzeń, więc z niecierpliwością wyczekujemy tego cudu. W końcu wjeżdża na dworzec. Mamy siedzenia z samego przodu - siadamy, rewelacja - lepiej jak w samolotowej klasie biznesowej. Rozkładamy się na maxa - tak to możemy podróżować. Rafała siedzenie tylko coś szwankuje, bo na jakichś większych wybojach zaczyna się składać ;) Od razu włączają jakiś irański film z hiszpańskim dubbingiem, na szczęście też z hiszpańskimi napisami, więc nawet w całości obejrzeliśmy ;)






Niedaleko granicy mijamy znaki ostrzegawcze o pustyni i braku jakiejkolwiek infrastruktury, więc w ostatnim mieście na drodze, decydujemy się kupić obiad u babki, która wskoczyła na 2 minuty do autobusu. Dalej już pustynia, kurz i zawierucha. 





Gdy dojeżdżamy do granicy, dookoła panuje chyba jakaś burza piaskowa, bo jak wychodzimy z autobusu, to wiatr jest tak silny, że nosi mnie z dwoma plecakami, a piasek smaga po ciele. Okropne przejście. Na granicy szybki stempelek wyjazdowy z Chile i biurokracja po stronie boliwijskiej. Do wypełnienia pięć różnych druczków! W końcu dostajemy stempel wjazdowy i lecimy do autobusu. 

Okazuje się, że Rafała siedzenie, oprócz tego, że jest popsute, to chytra chilijska babka z tyłu wstawiła mu butelkę, tak żeby nie mógł się za bardzo rozłożyć. Gdy babka wraca do autobusu i ruszamy, Raf się rozkłada ku niezadowoleniu współpasażerki. Bo ją nogi bolą... a jakoś innych nie bolą. Po krótkich przepychankach słownych (Rafał po hiszpańsku, babka po angielsku - rozmowa na wysokim poziomie :P "I? move? No! You move! You crazy! Bye!" ), Raf rezygnuje i niezbyt zadowolony zasypia na "semi-camie" ;) 

Podróż trwa łącznie 12 h, podczas których Raf wybiera u kierowcy film Fast and Furious 7 (w Polsce to chyba jeszcze w kinach leci? :P), a w zamian z płytki odpalają się trzy pod rząd tajskie niskobudżetowe filmy z hiszpańskim dubbingiem, przeplatane hiszpańskim disco-polo podśpiewywanym przez kierowcę ;) 

Staram się wyłączyć i pisać bloga (tak powstał post o Potosi - chyba nie najgorszy ;)), Raf w końcu znajduje inne siedzenie i chrapie gdzieś na końcu otulony śpiworem. 

Po północy dojeżdżamy do Cochabamby.




Hawk!

Anka Śmietanka

niedziela, 2 sierpnia 2015

Księżycowe klimaty




30 czerwiec 2015 - DZIEŃ 55. - część 2.

Po załatwieniu wszystkich granicznych formalności, bierzemy plecaki i ruszamy przed siebie w poszukiwaniu taksówki do miasta. Nie uchodzimy kilkunastu metrów, gdy przed nami zatrzymuje się pick-up, z którego wychodzi mężczyzna i pyta, czy nie potrzebujemy noclegu. Rewelacja! Okazuje się, że jest pracownikiem hostelu położonego niedaleko i od razu może nas tam zabrać. Pyta skąd jesteśmy i jak odpowiadamy, zaczyna mówić do nas po polsku, do naszych kolegów Niemców po niemiecku, a do Diego po portugalsku. Jak się później okazało, jego mama jest Polką i mieszka w Warszawie :) A od przebywania z turystami zna z 7 różnych języków w stopniu podstawowym.

Przyzwyczajeni po Boliwii ładujemy się więc z plecakami na pakę, a tu stop! W Chile przewóz osób na pace jest zabroniony. Plecaki na tył, a my do środka. Oprócz niego, w samochodzie jest jeszcze kobieta, ale co tam - 8 osób w środku jakimś cudem nie jest zabronione ;)

Po chwili dojeżdżamy do hostelu - całkiem przyjemne miejsce, kilka ulic od centrum. Rzecz pierwsza - prysznic! 4 dni bez ciepłej wody (o ile wody w ogóle) wypacza, więc po pewnym czasie zaczyna się doceniać gorący prysznic. Mogłabym tak stać w strumieniu gorącej wody przez pół dnia... 

Po spokojnym ogarnięciu się, wychodzimy do centrum. San Pedro de Atacama jest małym, turystycznym miasteczkiem, zamieszkałym przez około 6 tysięcy mieszkańców (z czego pewnie  1/3 to turyści), położonym na wysokości 2400 m n.p.m. na obszarze dosyć pustynnym - jakiekolwiek opady deszczu są tu niezwykle rzadkie. Atmosfera miasta jest dosyć ciekawa - niska zabudowa, wszystkie sklepy, banki, restauracje itp. mają podobnie wyglądające drewniane szyldy, więc szukając czegoś, trzeba się naprawdę skupić. Plac główny to przyjemne miejsce otoczone zielenią, z kościołem na jednej ze stron. Jest to miejsce bardzo turystyczne, więc na każdym kroku można kupić pamiątki lub skorzystać z oferty jednej z licznych agencji turystycznych. Ze względu na swoje pustynne położenie przy najsuchszej pustyni na świecie - Atacama - ceny są tu kosmiczne (albo przynajmniej takie nam się wydawały po Boliwii). Puszka coli za 7 zł, 2-litrowa woda za 10 zł, czekolada 18 zł, obiad w centrum za 60 zł - witamy w San Pedro. 





Chwilę spacerujemy po głównej ulicy, po czym pytamy miejscowego, gdzie można zjeść tani i dobry obiad. Miły pan od razu rysuje nam mapkę i wskazuje drogę kilka przecznic od centrum, jak się okazuje, rzut beretem od naszego hostelu. Małe knajpki, oblegane przez miejscowych, z 2-daniowym obiadem za 15 zł, to ewidentnie strzał w dziesiątkę. Zamawiamy pyszną zupę mięsno-kukurydzianą i pomidora nadziewanego tuńczykiem na pierwsze oraz chilijskie mięsne przysmaki na drugie. Do tego oranżada Inca Kola - jesteśmy zadowoleni :)



Wracamy do hostelu, gdzie kolega pół-Polak woła nas na zachód słońca. Piękny. Z miasta rozpościera się niesamowity widok na pasmo Andów z majestatycznym wulkanem Licancabur. Wieczór spędzamy z resztą grupy na piciu piwka i graniu w karty.






1 lipiec 2015 - DZIEŃ 56.

Dziś wszyscy śpimy do oporu. Po ostatnich dniach spędzonych na Uyuni i pobudkach o 4:30 rano, każdy marzy o długim, leniwym poranku. Oczywiście "do oporu" w naszym przypadku to było do 9:30 ;)

Siema!

Idziemy z Rafem do centrum na śniadanie i dowiedzieć się o jakichś ofertach wycieczkowych na dziś. Spacerujemy po mieście i gdy spotykamy naszych ziomeczków, wszyscy idziemy do agencji turystycznej - w grupie siła. Wybieramy kilkugodzinną wycieczkę po największych atrakcjach okolicy. Z 8000 pesos (48 zł), zbijamy cenę do 6000 (36 zł). Idziemy jeszcze na obiad i o 15:00 zbiórka pod agencją. 



Jedziemy kilkunastoosobowym autobusikiem z przewodnikiem, mówiącym w dwóch językach (od razu da się odczuć, że to nie Boliwia ;)). Zaczynamy od Valle de la Luna (Doliny Księżycowej) położonej 13 km od miasta, która jak sama nazwa wskazuje, przypomina nieco krajobrazy księżycowe i Valle de la Muerte (Doliny Śmierci). Znajdują się tam przeróżne formacje piaskowe i kamienne, które zostały uformowane przez erozję wietrzną. Przewodnik opowiada nam historię powstania dolin i różnych formacji skalnych, po czym daje trochę czasu wolnego na podziwianie niesamowitych krajobrazów.












Porozumienie polsko-brazylijskie



Jesteśmy tuż nad zwrotnikiem Koziorożca!

Następnie zatrzymujemy się przy półjaskinnych i jaskinnych tworach skalnych, w pomiędzy które wchodzimy i przeciskamy się wąskimi korytarzami. Piaszczysto-kamienne krajobrazy i totalna pustka dookoła robią wrażenie. 






Seba na wczasach



Ostatnim punktem programu jest punkt widokowy połączony z oglądaniem zachodu słońca. Wychodząc z autobusu przewodnik zapewnił nas, że będzie to najlepszy zachód słońca, jaki widzieliśmy. Nasza poprzeczka jest wysoko podniesiona, bo po zachodzie słońca na Ipanemie w Rio czy na Salarze de Uyuni pod wulkanem Tunupa, natężenie piękna powoli chyba się już wyczerpuje. 

Idziemy więc na wzgórze, gdzie dziesiątki turystów z aparatami czyha na najlepsze ujęcia. Jedna półka skalna jest szczególnie oblegana, bo gdy nasi koledzy podchodzą do niej, żeby sobie zrobić zdjęcie, szybko zostają przepędzeni przez innych turyściaków ustawionych przed ową skałą w kolejce... 



W końcu jednak czas na show. Słońce zaczyna powoli znikać za horyzontem, Rafał się na mnie wkurza, że aparat jest ważniejszy od magicznej chwili spędzonej razem (ot znalazł się romantyk!) i wtedy chmury dają popis kolorów. W sumie nie wiadomo, gdzie patrzeć. Tam, gdzie zachodzi słońce, chmury mienią się odcieniami złota, po drugiej stronie, w dole, widnieje piękna, księżycowa dolina, a jeszcze dalej zmieniające kolory, z różowego po błękit i fiolet, majestatyczne pasma Andów - coś niesamowitego. Zawsze myślałam, że te ładne kolorki na widokówkach, to kwestia photoshopa, teraz wiem, że to czysta natura! Zdecydowanie jeden z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie w życiu widziałam!














Po tej niesamowitej symfonii kolorów wracamy do miasta. Robimy wielką zrzutkę i kupujemy 50 jaj, szynkę, ser, cebulę i pomidory na 6 osób. Jako najstarsi z rodu, zostajemy z Rafem oddelegowani do kuchni na zrobienie największej jajecznicy w życiu - z 25 jaj! 



2 lipiec 2015 - DZIEŃ 57.

Dziś postanawiamy opuścić San Pedro i ruszyć na północ, ale że wybieramy przejazd nocny, mamy jeszcze cały dzień.

Śniadanie - powtórka z rozrywki - jajecznica z 25 jaj (powoli wpadam w wprawę). Do hostelu przyjeżdża para Polaków - Iza i Andrzej - którzy podróżują z Kuby przez Amerykę Środkową i Południową do Australii , Nowej Zelandii i przez Azję do Polski. Miło nam się gawędzi po polsku i wymienia doświadczeniami. 

Następnie wraz z Vincentem i Diego wypożyczamy rowery i jedziemy na oddalone o 3 km od miasta ruiny inkaskiego fortu z XII w. - Pucara de Quitor. Spacerujemy po wzgórzu, ale słońce pali niemiłosiernie i jakoś nie jesteśmy w nastroju na dogłębne zwiedzanie ruin. 







Ruszamy dalej, gdzie jeszcze przez kilka kilometrów jedziemy przed siebie między górami, ale jakoś brak nam sił i mimo ładnych widoczków, postanawiamy wrócić do miasta. Idziemy na obiad, wracamy do hostelu, gdzie pakujemy nasze rzeczy i gawędzimy z Andrzejem. Mamy nadzieję Iza, że doszłaś do siebie! :) Pozdrawiamy serdecznie! 






O 19 ruszamy na dworzec, skąd z półgodzinnym opóźnieniem wyjeżdżamy do oddalonego o 1,5 h drogi miasta Calama, w którym musimy się przesiąść na autobus do Iquique. Autobus super, komfortowe siedzenia, rzecz jasna rozkładane do pozycji "cama". Chilijskie drogi równe, proste... suniemy ;)

O 21:30 wysiadamy na dworcu w Calamie - do następnego autobusu mamy 1,5h. Przed owym dworcem ostrzegali nas wszyscy - słynie z częstych kradzieży bagaży, a złodzieje, to prawdziwi profesjonaliści. Wszędzie na dworcu widnieją ostrzeżenia o kradzieżach. No ale jesteśmy w 6 osób, więc w grupie mamy przewagę. 

Dworzec faktycznie przyciąga jakichś typków spod ciemnej gwiazdy i nawet pani z okienka biletowego na migi pokazuje, żebyśmy pilnowali naszych bagaży. Szok. Przy takiej paranoi patrzysz na każdego jak na potencjalnego złodzieja. 

W końcu przed 23:00 słyszymy poruszenie - autobus do Iquique. Ustawiamy się przed lukiem bagażowym, gdzie kierowca ładuje bagaże. Kurczowo trzymam cały swój dobytek. Nagle w moim kierunku przeciska się mężczyzna i krzyczy "Iquique, Iquique!" podając mi swoją torbę. "Panie, co pan?" - myślę sobie, po czym patrzę, a ten unosząc swoją torbę w moim kierunku, chwyta drugą ręką za plecak Rafała. Ten go na szczęście ubiega, po czym fałszywy pasażer odchodzi. Co za bezczelna próba rabunku!

W końcu jednak udaje nam się załadować bagaże, wsiadamy, rozkładamy nasze siedzenia do pozycji leżącej i zasypiamy. O 4 rano docieramy do Iquique - jesteśmy nad Pacyfikiem.


Aloha!

Anna Conda